Strona główna

CO JUŻ ZROBILIŚMY – WSPOMNIENIA

SIATKA SZYTA NA MIARĘ

Ojciec Bashobora będąc na rekolekcjach w Polsce – dokładnie w Białymstoku – zachęcał,żeby przyjechać do Ugandy. Po prostu pobyć z dzieciakami, pograć z nimi w siatkówkę. Oglądaliśmy to w transmisji dzięki IZYDOR.TV
Trafił wtedy na podatny grunt ! Rodzinnie kochamy siatkówkę !
Zaczęło się od żony, potem dzieci i w końcu ja zacząłem podbijać piłkę wywołując często salwy śmiechu wśród moich „zawodowych” siatkarzy w rodzinie.
Jadąc pierwszy raz do Afryki zabraliśmy ze sobą potrzebny do siatkówki sprzęt – piłki, linie i siatkę. No i przede wszystkim naszego Mistrza Polski Juniorów i obecnie Uczelni Medycznych z jego mamą – trenerką ! Mowa o Adamie i mojej żonie Ani. Odkąd nasze dzieci potrafiły ustać na nogach, odtąd grały w siatkówkę z mamusią oczywiście.


To co zobaczyliśmy w Afryce było piękne i smutne zarazem. Cała masa dziewcząt ze szkoły Ojca Bash, mieszczącej się akurat naprzeciwko naszego szpitala, grająca z entuzjazmem w piłkę to widok piękny i niezapomniany. Hałas, kurz, totalny żywioł ! Boisko to już odrębny temat. Jak to w Afryce …ubite klepisko z wyschniętą trawą, drobnymi kamykami i „liniami” utworzonymi z bruzd wybranej na około 5-10 cm ziemi … Łatwo się pokaleczyć, skręcić nogę. Jeden słupek trzeba było cały czas trzymać – był tak zardzewiały,że wyginał się w stronę boiska przez co opadała siatka. A właściwie coś w rodzaju siatki…
Zrobiliśmy jeden trening w takich warunkach i od razu postanowiliśmy zrobić boisko do siatkówki plażowej. Aura odpowiednia – non stop ciepło i słonecznie. Można grać na okrągło !
Miejscowi znajomi ostrzegli nas tylko, mówiąc,że taka budowa boiska to może być spore wyzwanie w tamtych warunkach, że możemy nie zdążyć przez miesiąc, to znaczy przed naszym wyjazdem do Polski. Mieli trochę racji.

Potrzebnych było 6 ciężarówek piasku, słupki, cement, woda ,narzędzia i przede wszystkim ludzie do pracy. Wszystko w Afryce oparte jest na pracy ręcznej. Przeszkadza upał. Szło na początku ciężko. Ania wpadła jednak na świetny pomysł. Trzech mężczyzn,którzy przyszli rozładować ciężarówki z piaskiem i go rozsypać zabrała na obiad. To był dla nich szok ! Obok szpitala, w kontenerze, w którym kilka lat wcześniej zostały przywiezione dary z Anglii, funkcjonuje obecnie bar. Chodziliśmy tam na posiłki ( może rozwinę ten temat innym razem – jest też z tych „niesamowitych”!). Panowie mogli zamówić sobie co chcieli. Wybór był co prawda skromny ale można było zjeść kurczaka. Mięso jednym słowem ! Najedli się do syta i zabrali się do pracy. Dwa dni i „było pozamiatane” !
Dorzucę małą dygresję na temat kurczaka w Ugandzie. To danie królewskie ! Opowiadał mi mój znajomy,że będąc w tym kraju pewnego razu został z żoną zaproszony na kolację wigilijną. Kiedy dotarli na miejsce na palenisku piekła się kura. Jedna. Musiała starczyć na uroczysty posiłek dla nich i 16 ( słownie: szesnaściorga ) członków rodziny. I starczyła ! Do tego mieli butelkę coca-coli. To napój na specjalne okazje w tym regionie świata.
Wracając do boiska – w dwa dni przywieźli piasek, rozsypali go, pospawali i zabetonowali nowe słupki !
Właśnie z tymi słupkami zdarzyło się coś „niesamowitego”. Najpierw ustaliliśmy wielkość boiska i miejsce dla słupków. Tak „na oko”, odmierzając krokami i stawiając kamienie. Kiedy wyskoczyłem ze szpitala na chwilę, żeby sprawdzić jak posuwa się praca, zobaczyłem, że jeden z słupków stoi jakieś pół metra bliżej niż ustaliłem wcześniej. Nie miałem jednak sumienia prosić tych ludzi o przestawienie. Było wtedy bardzo ciepło. Widziałem,że byli mocno zmęczeni. Kilka godzin kopali te doły w totalnie zeschłej skorupie ziemi czymś w rodzaju dużych noży-maczet. Centymetr po centymetrze. Uzgodniliśmy,że zaleją jeszcze tylko betonem i będzie dobrze.

Następnego dnia poszedłem z synem zawiesić siatkę. Bialutką, „profesjonalną”, z metalową linką. Luksus !
Słupki były już stabilne. Beton jak to beton – nie do ruszenia. Na każdym słupku po dwa uchwyty. Tylko jeden słupek nie tam gdzie trzeba…
Zaczepiliśmy za pierwszy uchwyt, potem za drugi na górze. Podchodzimy do drugiego słupka i to samo, tylko w odwrotnej kolejności. Najpierw uchwyt na górze, potem – ciągnąc metalową linkę zbliżamy się do końcowego, czwartego uchwytu. Ani jeden centymetr za blisko, ani jeden za daleko. Pasowało idealnie ! Naprawdę nie mierzyliśmy tego wcześniej. Nawet nie było kiedy.
Syn popatrzył na mnie, ja na niego… Razem spojrzeliśmy w górę, w NIEBO. Ze zdziwieniem i zachwytem jednocześnie ! Mieliśmy pewność,że to BOŻY plan !